sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 6

  -Ała! Przez ciebie wszystko mnie boli!
Właśnie skończyłam lekcje i sprzątałam sale.
  -Och nie marudź mi tutaj. I tak traktowałam ciebie ulgowo.
  -Taaa.... Jasne.

  -Dobra i tak miałam zawołać cie po treningu.
  -Yhm... A co ciekawego masz do powiedzenia, że nie mogło poczekać do jutra, aż się wyśpisz i zjesz?

  -Pamiętasz co mówiłeś mi w drodze do biura?
  -Jasne, że pamiętam. Chcesz mi powiedzieć, że coś się dowiedziałaś?
  -Sama właściwie nie jestem pewna. Może pomożesz mi przygotować tor na zewnątrz?
  -Ty nie mówisz tego na serio! Przecież oni nic kompletnie nie umieją!

  -Ty to wiesz, ja to wiem ale oni tego nie pojmują.To pomożesz czy nie?
  -No dobra.
  -To chodźmy.
                                                     

           Gdy opowiadałam Johnowi to co zobaczyłam nie mógł w to uwierzyć. Sama byłam ciekawa czemu mieli jakieś zebranie na tym piętrze, a nie w podziemiu, gdzie żaden uczeń lub niepożądana osoba nie wejdzie. Dostanie się tam jest niemożliwe, chyba że znało się wejście na dany pod poziom, które było i tak trudne do przejścia ze względu na pułapki oraz kody. Z myśli wyrwał mnie John.
  -I tak ta informacja niewiele nam mówi, a nawet daje nam więcej do myślenia.
  -Masz racje ale to nadal jest dla mnie dziwne, żeby zajmowali się taką sprawą. Przecież nie ma nawet takiego kraju.

  -Dobra, wierze ci ale serio musimy poczekać na następną wskazówkę, którą zdobędziemy.
  -Masz rację. 
  -No wiem. A teraz chodźmy znaleźć jakieś dzieciaki ze starszych klas.
  -I przydaliby się jacyś dorośli do wypatrywania zagrożenia.
  -Weźmiemy jakąś grupę z nauczycielem i tyle.
  -To spróbujmy z Panią Macgen.
  -Jak widzę nie próżnujesz.
  -Pamiętam jak my dostaliśmy niezłą nauczkę i mam nadzieje, że się trochę  ogarną, bo kiedyś oni będą działać, a my im rozkazywać.
  -Już teraz tak masz. No ale to może zadziałać. 

            Szukaliśmy pani Macgen 15 minut, aż znaleźliśmy ją w sali do ćwiczeń. Gdy zaproponowałam jej współpracę chętnie się na nią zgodziła. Poszłam obudzić najpierw jej grupę.
  -POBUDKA!

Wszyscy od razu wstali i ustawili się przy swoich łóżkach. 
  -Grupa gotowa! - Powiedziała jedna z dziewczyn.
  -Mam dla was pewne proste ćwiczenie. Macie dać mojej grupie porządny wycisk i nie obchodzi mnie jak ich obudzicie lub jak będziecie ich traktować. Mają oni pobiec do lasu, a wy ich macie zaatakować. Ma się to odbyć o 01.00 czyli za 10 minut. Żeby było jasne ma się to odbyć bez żadnej broni. Dam wam 4 motory, a reszta niech pakuje się do auta. Kilkoro dorosłych będzie miało na to oko więc ma to być wykonane porządnie zrozumiano?
  -Tak proszę pani.
  -Więc do roboty!
Szybko się ubrali i poszli obudzić moją grupę. Użyli do tego węża ogrodowego i polali ich lodowatą wodą. Wszyscy od razu się obudzili i porwali z łóżka. Kilka dziewczyn pisnęło. Nikt nie wiedział o co chodzi i czemu zostali nagle polani wodą. Ben zaczął trochę podskakiwać i od razu dostał w głowę od jakiejś dziewczyny. 

 - Boże czemu ja już tak nie mogę robić? - Pomyślałam.
Gdy starsi krzyczeli na nich,
oni kompletnie nie wiedzieli co robić. Patrzyłam tylko na to i nie mogłam uwierzyć, że jeszcze tu są. Po chwili jednak wszyscy się ogarnęli.
  -CO TAK STOICIE I SIĘ NIE UBIERZECIE? JAZDA! JAZDA!
Co chwilę słyszałam krzyki tupu 'W CO TY SIĘ UBIERASZ, NIE JEDZIESZ NA MISS! I CO SIĘ TAK GAPISZ?! RUSZAJ SIĘ! JESTEŚCIE WOLNIEJSI NIŻ BABCIE!' Po jakiś 10 minutach wszyscy wyszli. 

                                                                                                                     
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. :D W następnym możliwe, że pojawi się kilka akcji.

niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 5

-Pobudka!
Słysząc to od razu zerwałam się z łóżka trzymając w dłoni broń.

-Woa Ann! To ja John.
Widzę jak się cofa z uniesionymi rękoma.
-Hmmm...? Która jest godzina?
-Hahaha... Już prawie 15.
-Cholera.
-O której skończyłaś zajęcia?
-Około 6. Boże jak ja nienawidzę nastolatków! Nawet nie umieli trzymać cholernych sztyletów, a przez to większość nie trafiała nawet w tarcze.
-Współczuje im.
Walnęłam go w ramie.
-Ała! A to za co?
-Ty już wiesz za co.
-Ale sama wiesz, że masz jakiegoś świra na punkcie stali.
-Nie mam świra tylko wolę ją od nowoczesnej broni, bo jest praktyczniejsza i cichsza.
-Taaa... Niech ci
będzie. I ciesz się, że pracujesz z nimi. Bo jakbyś dostała tych co ja miałem to byś się powiesiła.
-Daj już spokój. Chcę chociaż na chwilę o nich wszystkich zapomnieć. Lepiej mi powiedz kiedy będzie jakieś jedzenie w stołówce.
-Kochana,.nie jesteś już uczniem tylko instruktorem i nie obowiązują cię pory posiłków. Pójść z tobą?
-Najpierw muszę pobiegać. 
-To pójdę z tobą.
-Jak chcesz, ale ostrzegam - ostatnio odpuściłam bieganie.

-Jakby to była jakaś nowość.
Przewróciłam tylko oczami. Sama wiem, że nigdy nie byłam najlepsza z  biegów, no ale nikt nie mówił, że muszę być we wszystkim najlepsza.

                                                          *** 

Na szczęście jedzenie nie jest tak paskudne jak było kiedyś.  Jednak nic innego chyba się nie zmieniło od kiedy byłam tutaj ostatnim razem. Krzesła nadal były twarde jak diabli i już mogłam poczuć zakwasy po naszym biegu. Kiedy biegaliśmy John ciągle śmiał się ze mnie, że tak wolno biegnę. Po dzisiejszym wysiłku mogę powiedzieć, że go nienawidzę. Teraz siedzi naprzeciwko mnie ze swoim złośliwy uśmieszkiem.
-No i z czego się tak cieszysz?

-Ja? Z niczego. A z czego miałbym się tak cieszyć?
-Jesteś okrutny.
-Nie no, żartujesz? - Mówiąc to jeszcze bardziej się wyszczerzył. 
-Dobra, idę przygotować sale na sparingi. - Odpowiedziałam, udając, że nie tego nie widzę.
-Tylko uważaj, żeby ci się nie pozabijali.

-Jakby co, to będzie mniej osób do pilnowania.
-Będzie też mniej do roboty.
-Oj nie przesadzaj, nie mamy najgorzej.
-Też racja, ale nadal nie chcę trafić na pełen etat za biurko. Nie po to tyle trenowałem, żeby siedzieć i nic nie robić.

         Gdy szłam korytarzem zauważyłam, że jedne z drzwi były uchylone. Z ciekawości zobaczyłam co tam jest. Nad stołem był wyświetlony, w 3d, jakiś kraj. Nigdy nie widziałam tych terenów. Kilka osób było w pomieszczeniu. Jedni coś notowali, a inni omawiali jakieś szczegóły. Nagle ktoś wyłączył mapę i wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia. Szybko udałam się w kierunku sali ćwiczeń, która znajdowała się w następnym korytarzu. 

                                                 ***

Dzisiaj spóźnili się 2 minuty ale za to ustawili się w rzędzie i nie rozmawiali. Za spóźnienie musieli zrobić dodatkowe kółko wokół sali. 
-Dzisiaj będzą sparingi. Obowiązuje tylko jedna zasada - nie wychodzicie poza wyznaczone miejsce.
-A co z głową?

-Nikt nie będzie w prawdziwej walce się tym przejmować, więc ja też się nie przyjmuję. Jak nie macie żadnych pytań to dobierzcie się w pary pod względem umiejętności, a nie z kim chcecie.
 Kiedy już to zrobili rozkazałam im, aby poszli ćwiczyć. Walka wychodziła im lepiej niż wczorajsze rzucanie. Ich walka była śmiechu warta. Ruchy nie były stanowcze i silne. Wszyscy bali się o swoją partnerkę lub partnera. Próbowałam ich instruować jak mają uderzać. Przez chwilę robili dobrze lecz za chwile popełniali te same błędy. Nie widząc innego wyjścia spytałam się Johna czy znalazłby dla mnie chwilę. Po 5 minutach wszedł do sali.
-O co chodzi?
-No sam zobacz jaką mam grupę.
Przeszedł się przez całą salę. Wracając zaczął się śmiać. Wszyscy dopiero teraz zauważyli przybycie nowej osoby. Spojrzeli tylko na Johna i zaczęli rozmawiać między sobą.
-Dobra cofam to co powiedziałem w stołówce. Ale nie spodziewałaś się chyba po panu Leo nic innego po tym co zrobiłaś.

-Masz rację. Jednak wszystko uchodziło mi u niego.
-Dobra, ale widziałaś w jakim był stanie i wiesz, że nie chce, żebyś dowiedziała się o czymś.
-Taaa.... wiem o tym doskonale. Ehhhh, może im pokażemy jak się naprawdę walczy?

-Dobra, czemu nie. Ale pamiętaj - nie wczuj się za bardzo.
-Poznaj moją dobroć i wiec, że nic ci się poważnego niestanie.

                                                                                                                      
Następny rozdział za tydzień

wtorek, 25 listopada 2014

Rozdział 4

Gdy John wyszedł oczy pana Leo przeniosły się na mnie. Od jego wzroku zrobiło mi się zimno. Przez jakiś czas nikt nie powiedział żadnego słowa. W końcu odchrząknął.
-Zawiodłem się na tobie. Nie mogę uwierzyć, że ty to zrobi...
-Och daj spokój to nie jest mój najgorszy mój wyczyn, a nie miałam innego wyboru.
-Nie chodzi tutaj o to czy to najgorszy czy nie najgorszy wybryk tylko o nie posłuchanie rozkazu, chociaż był jasno i wyraźnie powiedziany.
-Ale nie mogłam czekać. Przecież wiesz, że nie miałam innego wyboru.

-Nawet gdyby tak było rozkaz jest święty. I niema żadnego ale Ann!
-Niech ci będzie. Słyszałam, że dziwne rzeczy ostatnio się tutaj  dzieją.
- Nie twoja sprawa panno Mogan.
Prawie nigdy nie mówił do mnie po nazwisku. Wiedziałam już, że nie wyciągnę od niego prawdy, a przynajmniej dzisiaj. Nie zwracając na moją nieuwagę dalej mówił.

-Tydzień ich uczyła. Zrozumiałaś?
-Tak. I przepraszam za kłopot.
-Możesz już iść. Tylko nie zapomnij zgłosić się o 20.00 do pani Ash.

-Nie zapomnę proszę pana.
Machnął na mnie tylko ręką. Wstałam i ruszyłam do drzwi. Jak je zamykałam usłyszałam jak mówi do siebie.
-Na szczęście, że nic jej się nie stało.

                                                      *** 


Tak więc o godzinie 21.30 zamiast odpoczywać w wannie po ciężkim dniu to czekam na dzieciaki na sali treningowej. W końcu widzę, że powoli wchodzą. Patrze na zegarek i widzę, że na przebranie potrzebowali aż 7 minut. Jeszcze zanim ustawić się i być cicho to nie oni jak zwykle muszą zajmować się sobą. Wodze kilka osób na komórkach a inni stoją sobie w grupkach i rozmawiają całkowicie mnie ignorując. Po 20 długich minutach w końcu przestali rozmawiać i spojrzeli na mnie.
-A ty to niby kto?

-Po pierwsze najpierw mówi się dzień dobry, a po drugie nie jestem twoją koleżanką kolego.
-Dobra nie spinaj się tak. Lepiej powiedz nam gdzie jest trener.
-Trenera nie ma. Ja od dzisiaj będę was uczyła na czas nieokreślony. 

Na wszystkich twarzach zauważyłam rozczarowanie i pogardę w oczach chłopaków. No cóż jak widać nie jestem jedyną, która jest nie zadowolona.
-A teraz powiedz mi swoje imię chłopczyku.
-Ben.
-No to zacznij robić już kółka. Tylko mi się nie obijaj bo nie będzie miło i to nie tylko dla ciebie tylko dla całej grupy.
-Tak już się robi.

Popatrzyłam tylko jak zaczyna biec i już wiedziałam, że nie wytrzyma treningu, który przygotowałam. Odwróciłam się do reszty klasy.
-Na początek chciałam powiedzieć, że nie  będzie takiego obijania jak dotychczas. Wylecicie stąd wtedy kiedy będzie mi się chciało i to bez dyskusji. Chcę was wszystkich widzieć na sali przebranych o 21.30. Nawet minuta spóźnienia będzie miała jakieś konsekwencje, które nie będą miłe. Jak wchodzicie macie ustawić się w rzędzie i czekać w ciszy aż Ben ruszaj się!nie rozpocznę lekcji. Komórki są całkowicie zakazane. Wszystkie polecenia wykonujecie w trybie natychmiastowym i bez wahania. No na koniec macie obiec cały teren ośrodka. I widzę was za 5 minut. Życzę miłego biegania.
                                                                 

Po siedmiu minutach wszyscy dotarli do sali dysząc i ledwo łapiąc oddech. Nawet nieźle sobie poradzili. Dałam im minute na odpoczęcie.
-Jak już odpoczęliście to podejdźcie do stanowiska numer 5 i pokażcie mi na co was stać.
Wszyscy spojrzeli na mnie spode łba i ruszyli na wskazane stanowisko. Na 5 stanowisku czekały na nich sztylety. Wszyscy stanęli w kolejce.
-Wiecie jak się prawidłowo rzuca do celu?
-Tak.
-Więc pokażcie mi na co was stać.
Każdy miał po trzy rzuty. Wiedziałam już, że nie umieją dobrze rzucać po tym jak trzymali sztylety. Nikt nawet nie spojrzał czy są prawidłowo wyważone. Kilka sztyletów wbiło się blisko środka.
-Dobra stop! Co wy wyrabiacie? Nawet nie umiecie trzymać tego prawidłowo! Chyba chcecie nas wszystkich pozabijać! To nie są zabawki tylko prawdziwa broń, którą możecie kogoś zabić idioci!
-No ale o co pani chodzi? Przecież trafiliśmy celu.
-Nawet nie umiecie trafić do tarczy, a co dopiero do ruchomego celu. Ja wiem, że wolicie pistolety. Ale uwierzcie mi wszystkie rodzaje broni mogą się wam przydać.
-Taaa... a my mamy uwierzyć, że pani trafi bezbłędnie w sam środek tarczy?
-Właściwie to tak Ben. Jak chcecie mogę pokazać jak to się robi prawidłowo.
-Czemu by nie.
Z uśmiechem na twarzy wzięłam sztylet. Uspokoiłam oddech, zamachnęłam się i rzuciłam.   

                                                                                                                       
Przepraszam wszystkich za zwłokę ale mam obecnie dużo lekcji :( Postaram się dodać następny tak za 4-5 dni :)

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 3

Poznałam, że jeden miał karabin a drugi pistolet. Byłam pena, że zaraz będzie ich więcej i nie odpuszczą tak łatwo. Mogłam schować się i zacząć strzelać do nich ale nie chciałam ryzykować bo a) nie wiedziałam ilu ich jest i b) ktoś niewinny mógł oberwać. Na szczęście droga była kręta i nie byłam narażona na wielki ryzyko oberwania kulką. Gdy dotarłam do punktu 8 czekał już na mnie samochód gotowy do ruszenia. Szybko wsiadłam i ruszyliśmy z piskiem opon. Dopiero teraz poczułam jak paliły mnie płuca i nie mogłam wziąć większego oddechu. Gdy uspokoiłam oddech zauważyłam, że na miejscu kierowce siedzi kolega John, który przyglądał mi się w lusterku. 
-Jesteś świadoma tego, że mocno oberwiesz za nieposłuszeństwo?
Taaa... i to jest cały John zamiast spytać się co u mnie i czy nic mi nie jest to on jak zwykle o zasadach. Tak było od zawsze i już się przyzwyczaiłam do tego.
-Tak u mnie wszystko dobrze, a u ciebie?
-Same nudy. Siedziałem zeszły miesiąc nad papierkami, a sama wiesz jak tego nie znoszę i jakby tego było mało to jeszcze profesor zachorował i musiałem go zastąpić.

- Marudzisz na coś takiego? Daj już spokój! Mówię ci to o wiele leprze niż słuchanie ciągle nauczycieli i udawanie, że nic nie umiesz. A maluchy są boskie sama chciałabym się kiedyś nimi zająć!
-O nieee! Mówię ci jakaś masakra krzyczą i biegają w kółko. Już po pięciu minutach miałem dosyć i chciałem uciekać! A szkoła nie jest taka zła!

-I to mówi największy kujon na świecie.
-Ja za to coś przynajmniej umiem, a ty prawie nic!
-Za to zdałam śpiewająco z praktyki.

John westchnął i przewrócił oczami.
-Po prostu niewierze, że przewróciłeś na mnie oczami! Jak mogłeś mi to zrobić?
Już otwierał usta ale mu przerwałam.
-Dobra, dobra nieważne lepiej opowiadaj czy masz jakiegoś chłopaka.

                                                            ***

I tak przegadaliśmy 30 minut o jego związku. Zawsze podziwiałam Johna za to, że nie wstydzi się, że jest gejem wręcz przeciwnie mówił o tym na prawo i lewo ale z dumą. Kiedy wysiadłam z samochodu zauważyłam, że stoję przed bazą w Londynie. Zdziwiłam się, że nie pojechaliśmy do schronu. W planach które opracowaliśmy na taką okoliczność było mówione o domu w lesie gdzie były przygotowane moje ubrania. Tamten dom był o wiele lepiej chroniony niż wszystkie tajne bazy rządowe, które istnieją. Kiedy weszliśmy do budynku musieliśmy przejść badania, które potwierdziły, że to my, a nierzadni oszuści weszliśmy do windy. Dopiero wtedy odwróciłam się do Johna.

-Czemu tutaj?
-Sam nie wiem. Dostałem taki rozkaz, a jak próbowałem się czegoś więcej dowiedzieć to mnie spławili i powiedzieli, że to już nie moja sprawa.
Chyba na mojej twarzy musiał pojawić się smutek i zdziwienie, że królowi wścibskości nie udało się nic dowiedzieć bo zawsze jakimś sposobem wszystko wiedział nawet gdybym go zamknęła w celi.
-Przepraszam próbowałem się dowiedzieć coś więcej ale nie było czasu.
-Dobra nic się nie stało przecież. Sami mi powiedzą niedługo.

-Pewnie tak. Chociaż sam nie wiem. Ostatnio są nerwowi i co chwile kogoś wyrzucają. Nawet ja nie wiem o co im chodzi.
-Hmmm... Znasz mnie. Zawsze mi się uda wywinąć z wszystkiego.
Właśnie winda zatrzymała się na naszym poziomie i drzwi się otworzyły. Przy windzie czekał na nas pan Leo. Wymieniłam zdziwione spojrzenie z Johnem. Widok pana Leo zdziwił nas bo nigdy jeszcze nie przyszedł osobiście tylko wysyłał kogoś żeby przyprowadzić mnie do niego, a tu taka niespodzianka. Czułam, że znalazłam się w niezłych tarapatach. Pierwszy raz w życiu czułam, że mogę nie wyjść z tego i uniknąć kary, która będzie okrutna. Pan Leo z kamiennym wyrazem twarzy skinął nam głową żebyśmy poszli za nim. Nawet gdyby nam tego nie pokazując nie odważylibyśmy zrobić inaczej. Poszliśmy za nim do jego biura. Biuro było przestronne, ściany były białe, a podłoga szara. Na samym środku stało czarne duże biurko. Nie przepadam za takim wystrojem ale to szef i nie mogę podskoczyć, a na pewno nie w takiej sytuacji, w której się znalazłam.
-Siadajcie.
Sam obszedł biurko i usiadł. Teraz jego twarz ukazywała smutek, żal i złość. Jeszcze nie widziałam nigdy go w takim stanie. Czuje, że czeka nas długa przemowa. Zastanawiało mnie tylko czemu jest przy mnie John. Jakby czytając mi w myślach pan Leo powiedział
-John ty musisz tylko napisać szczegółowy raport i jesteś wolny. A z tobą Ann muszę poważnie pogadać.
                                                                                                                     

No i jest nowy rozdział :) następny pojawi się najpóźniej za tydzień :/ ale postaram się dodać wcześniej :*

czwartek, 13 listopada 2014

Rozdział 2

-Helló? Hogy ez a szer 1782ke739?
Rozpoznałam, że mężczyzna mówił po węgiersku. Nie chciałam mówić przy całej klasie w obcym języku w szczególności, że udawałam przed nimi, że nie umiem mówić nawet w jednym języku dobrze. Postanowiłam rozmawiać z facetem kodami żeby nie połapali się o co mi chodzi.
-Mówi B16 Agent dx6728. Wykryto alarm 4. Zrozumiałaś?
Alarm 4? Już mnie znaleźli?
-Tak. Jaki poziom?
-Weszli. Reszty nie wiemy.
Rozpoczynam procedurę A1.
-Przyjąłem.
Podeszłam do drzwi. Zauważyłam, że cała klasa się na mnie patrzy ale niezbyt mnie w tej chwili to obchodziło bo mogli mnie znaleźć. Uchyliłam ostrożnie drzwi i zobaczyłam mężczyznę na drugim końcu korytarza, a drugi stał na schodach pewnie pilnując ich żeby nikt nie uciekł gdy jego partner będzie sprawdzał wszystkie klasy po kolei. Na szczęście na tym poziomie jest 23 sal i miałam jeszcze trochę czasu żeby coś wykombinować. Byłam na pierwszym piętrze i w oknach były kraty.
-Obiekt 3-5 minut stąd.
-To niedobrze. Najbliższy ochroniarz jest 7 minut stąd.
Hmmm... To niedobrze, wręcz znalazłam się w paskudnej sytuacji.
-A plan 4?
-Nie da rady. Za daleko jest i za dużo świadków.
-W takim razie wdrażam plan 8.
-Nie ma mowy! Nie dasz sobie rade!
-A wal się! Mam gdzieś wasze zdanie! To ja tu jestem i wiedzę jak jest! Niech punkt 8 się przygotuje! Zrozumiano?
-Nie masz pozwolenia na to!
-Zaczynam procedurę 1163. Bez odbioru.
Rozłączyłam się pomimo krzyku żebym się nawet nie ważyła tego robić. Dopiero teraz zauważyłam, że w klasie jest całkowita cisza i nikt się nie rusza. Każda para oczu śledziła mnie z nutką strachu i zdziwienia. No cóż kilka lat temu też bym tak patrzyła na kogoś jakby stracił rozum. Nie miałam czasu na tłumaczenie co się dzieje. Wyjęłam długopis, który na pierwszy rzut oka wydawał się normalny ale jak wyjęło się nakrętkę i wkład, a najważniejsze wiedziało się gdzie znajduje guzik to wtedy ten długopis zmieniał się w niebezpieczną broń. Położyłam komórkę na ławkę i nacisnęłam guzik. Nagle z długopisu buchnął mały płomień ognia, który spalił komórkę. Przy okazji zniszczyło ławkę ale to był mój najmniejszy problem. Poszukałam klapki na spodzie mojej torebki i wyciągnęłam z tam tond półautomat ponieważ nie mogłam w takiej sytuacji użyć żadnych mieczy czy noży. Szkoda, że nie miałam przy sobie jeszcze łuku ale nie miałam gdzie to schować. Zauważyłam jeszcze gumy do żucia, które naprawdę były mini bombami. Otworzyłam okno na oścież i spróbowałam przesunąć zasuwę od krat. Jak zwykle była zardzewiała i nie udało mi się jej odtworzyć. No nic muszę spróbować jeszcze raz. Tym razem walnęłam i kraty się odtworzyły.
-A proszę pani, ktoś mnie usprawiedliwi i zapłaci za szkody ale proszę nieprubować nawet oszukiwać bo będą o tym wiedzieli, a jak nikt nie przyjdzie to proszę zadzwonić pod ten numer.
Wyciągnęłam wizytówkę prezesa CSI i podałam ją pani.
-To życzę wszystkim miłego pisania testów gimnazjalnych.
-Ale co ty chcesz zrobic i o co w ogóle chodzi w tym wszystkim?

-Nie teraz Alan. Nie mam tyle czasu na tłumaczeni ale spróbuje  się odezwać lub dać jakiś znak niedługo ale będzie ciężko i nic nie obiecuje żeby było jasne. I co ja chcę zrobić? Ulotnić się jak najszybciej z tego miejsca i dotrzeć do punktu 8 gdzie będę bezpieczna na ile w ogóle tak może być.
-Ale przez okno chcesz wyskoczyć? Przecież jesteś słaba z w-f, a do ziemi jest 3 metry. Przecież się zabijesz skacząc.
-Oj ziemia nie jest tak znowu daleko. Uwierz mi skakałam z wyższych poziomów. Nie martw się nic mi nie będzie. 

Nie miałam więcej czasu na dyskusję. Weszłam na parapet i skoczyłam. Udało mi się dobrze wylądować. Spojrzałam w górę i zobaczyłam twarze w oknach patrzących na mnie. Jedna dziewczyna z klasy pisnęła gdy skoczyłam. I to musieli usłyszeć ludzie z białego kręgu, którzy szukali mnie od lat. Sama nie wiem czemu mnie szukają bo przecież nic im nie zrobiłam i nie wiem o co im chodzi ale to musiało być coś ważnego skoro zadawali sobie tyle trudu w poszukiwaniu jednej osoby. Okna od klasy wychodziły na boisko. Na szczęście żadna klasa nie miała w-f. Zaczęłam biec ile sił w nogach. Gdy przebiegłam przez boisko i przeskoczyłam przez płot usłyszałam strzały. 
                                                                                                                     
Witam wszystkich :D Wiem, że rozdział miał być dłuższy no ale jest jaki jest :/ Na następny rozdział musicie trochę poczekać bo na razie miałam je napisane a teraz muszę wszystko wymyślać i to nieidzie tak szybko :/ Do zobaczenia następnym razem <3

środa, 12 listopada 2014

Rozdział 1

-Anny wstawaj bo znowu spóźnisz się do szkoły!
-Już wstaje mamo!
Patrze na zegarek i widzę, że znowu zaspałam. Ehm... jak ja nienawidzę piątków, a zwłaszcza fizyki. Najchętniej nie poszłabym ale mam już za dużo nieobecności na  lekcji i jak jeszcze raz nie przyjdę będę niekwalifikowana. Zbieram się powoli z łóżka i idę się ubrać. Gdy schodzę na dół widzę, że mama już wyszła i zostawiła mi kanapkę. Biorę ją do ręki i wychodzę z domu. Jak zwykle rano prawie uciekł mi autobus i musiałam podbiec do niego. Pierwszą osobę, którą zobaczyłam była Angelina, które należała do tak zwanej elity klasowej. Kiedyś się przyjaźniłyśmy lecz ona wolała Baśkę ode mnie. Za nią zobaczyłam moją przyjaciółkę Sindy. Z Sindy przyjaźniłam się 5 lat i jest dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam. Jest trochę dziwna ale za to właśnie ją kocham, jest rozgadana i ma bzika na punkcie aktorów jak ja. Gdy podeszłam do niej akurat szukała na facebook'u jakiś informacji i nie widziała jak do niej podchodzę. Chciałam ją wystraszyć więc zakryłam jej oczy ręką.
-Hmmm... Kto to może być? Może Karolina?
O fuj! Jak mogła mnie pomylić, a nawet pomyśleć, że ta super yyy.. fajna Karolina mogła tak zrobić? Brrr... na sam ten pomysł przechodzą mi ciarki.
-Jaka ja głupia! Przecież to nie kto inny jak moja siostrzyczka Any.
-No nareszcie. Już miałam się poddać. - Dałyśmy sobie buziaka.-A gdzie jest Olga i Alan?
-Olga niestety jest chora, a Alana rodzice podwożą dzisiaj.
-Łał! A co się takiego stało? Jakieś święto dzisiaj jest bo nic mi nieprzychodzi do głowy.
-Niestety nie. Jadą do szkoły spotkać się z dyrką.
-Znowu? Ja po prostu nie mogę już o tym słuchać. Przecież oni cały czas chodzą do dyrki.
-Daj spokój! Współczuje Alanowi mieć takich rodziców.
-Taaa... On ma pecha. Ja u siebie ledwo wytrzymuje a co dopiero u niego?
Moi rodzice byli surowi ale to nic w porównaniu do rodziców Alana. U mnie to po prostu jest bajka. Jego rodzice pracują w banku. Są na jakiś ważnych stanowiskach i nigdy nie mają czasu dla syna, a najgorsze jest w tym wszystkim, że Alan zawsze będzie robił wszystko czego pragną jego rodzice.
                                          

                                                  ***

Mieliśmy dzisiaj sprawdzian z biologi i kartkówkę z anglika. Jak zwykle źle mi poszło. Boli mnie dzisiaj głowa i źle się czuje chyba mam gorączkę ale nie jestem pewna. Tylko myśl, że mam tylko matme trzyma mnie w szkole.
-Na pewno nie chcesz iść do pielęgniarki?
-Nie dam radę Alan. Tylko wezmę tabletki i będzie wszystko dobrze.
Uśmiechnęłam się ale nie był do końca przekonany. Widziałam to po jego minie.
Zanim się obejrzałam była już lekcja. Na biurku pani  były rozstawione zlewki. Pewnie będziemy robić jakieś doświadczenia. Usiadłam koło Sindy, a Al przed nami.
Pani nie skończyła czytać całej obecności, a  czyjś telefon zadzwonił. W pierwszej chwili nie zorientowałam się, że to moja komórka dzwoni bo miałam ją wyłączoną w szkole. Zaraz przypomniałam sobie, że to mój awaryjny dzwonek telefonu. Nie przejmując się panią, która zaczęła do mnie mnie mówić o oddaniu telefonu i uwadze wyciągnęłam szybko telefon i odebrałam w klasie co było niedomyślenia, żebym ja taka ,,grzeczna'' i dobrze wychowana uczennica odebrała telefon na lekcji.
                                                                                                                      
No i jest mój pierwszy rozdział :D Z góry przepraszam za błędy, których jest na pewno dużo :/ Następny rozdział postaram się dodać jak najszybciej i mam nadzieje, że będzie dłuższy od tego ale nigdy nie zdawałam sobie sprawy ile trzeba napisać żeby chociaż tyle napisać. Mam nadzieje, że wam się podoba to opowiadanie :D Hahhaha dobra to pierwszy rozdział i nic się nie dzieje ale to ja :P Życzę miłego dnia wieczora nieważne :*
     


Prolog

Skończyłam przeglądać raport śmierci Miley i Bena. Nadal nie dociera do mnie, że nie żyją i nie spotkam ich w pracy. Ledwie starczyło mi siły żeby przeczytać o śmierci o przyjaciół. Na szczęście ich córka żyje i obiecałam sobie, że się nią zajmę jak najlepiej potrafię. Jestem ciekawa jaka będzie za kilka lat jak podrośnie i dowie się jaki ciężar spoczywa na jej ramionach. Może będzie podobna do swoich rodziców? Sama nie wiem jak się ułoży dalsze życie ale wiem jedno musimy…
-Ash przyjdź do mojego gabinetu! Jest pilna sprawa, która nie może czekać dłużej!
-Już idę Leo.
Cóż jeszcze nie umarłam i nie mam chwili spokoju. Jeszcze… .   

                                                                                                      Witam wszystkich :D to moje pierwsze opowiadanie i mam nadzieje, że wam się spodoba :*