poniedziałek, 5 października 2015

Rozdział 11

Za drzwiami zobaczyłam piękny pokój. Meble były z ciemnego drewna, łóżko miało 4 kolumny na których były zasłony z różowego tiulu.
-Kogo to pokój? I po co mnie tutaj przyprowadziliście?
-Chodź Ann pokaże ci coś.
Po czym Lee się odwrócił i podszedł do komody. Otworzył szufladę i wyjął ramkę ze zdjęciem. Podeszłam bliżej żeby lepiej się przyjrzeć zdjęciu. Na zdjęciu zobaczyłam dwójkę dorosłych i małe dziecko, które siedziało na kolanach mężczyzny. Dziecko wyglądało na dwa latka. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych. Jest tylko jeden problem. Nadal nie wiem po co mi pokazał to zdjęcie, a tym bardziej nie rozumiem po co ja tutaj jestem.
-Yhm... Piękne jest te zdjęcie ale ja nadal nic nie rozumiem.
-Zaraz zrozumiesz. Trochę cierpliwości. Najpierw usiądźmy i napijmy się czegoś. Może nawet będą te pyszne ciasteczka, które kucharki pieką. Jak sądzisz Moirinie?
I obaj poszli do jednych z drzwi w sypialni. Jak się okazało poszli do małego pomieszczenia, w którym znajdował się okrągły stół, a wokół niego trzy krzesła. Stół i krzesła były ładnie wyrzeźbione w łodygi z dziwnymi kwiatami. Lee i ja usiedliśmy, a Moirin w tym czasie gdzieś poszedł. Najprawdopodobniej do kuchni po herbatę i ciastka. Gdy wrócił okazało się, że miałam rację. Jak wszyscy siedzieliśmy i mieliśmy herbaty przed sobą patrzyłam się wymownie na Lee. Spuścił wzrok na dół unikając mich oczu. 
-Hmmm... Jakby ci to powiedzieć. Ten pokój jest pokojem kogoś ważnego. To wszytko jest...
-Och na Strelicje! Lee ja to powiem bo ty będziesz to mówił do świąt. Ann tylko mi nie przerywaj. Rozumiesz?
Pokiwałam tylko głową na znak, że rozumiem.
-Tu chodzi o to, że ten pokój jest twój. Ten budynek jest twój. Wszyscy ludzie tu pracujący są na twoich usługach i możesz zrobić  z nimi co tylko chcesz. Nawet wyrzucić na bruk chociaż tego pewnie nie zrobisz, a przynajmniej nie wszystkich.
-Nie stop! Zaraz! To musi być jakiś błąd! Mój dom jest gdzieś indziej! I nigdy nie miałam ludzi którzy dla mnie zrobią wszystko. Po prostu pomyliliście osoby. Lee powiedz coś. Powiedzcie mi o co tu chodzi ale prawdę, a nie jakieś bajki.
-Miałaś mi nie przerywać Ann zaraz ci wszystko wyjaśnię. Tylko to co ci powiedziałem nie jest najważniejsze.
-Moirin proszę nie mów jej teraz tego.
-Lee ona musi to wiedzieć.
-Ale nie teraz później też można. Nic się nie stanie.
-Przykro mi teraz będzie łatwiej i szybciej. Lee musisz mnie zrozumieć muszę dbać o wszystkich. A więc chodzi o to, że...

niedziela, 13 września 2015

Rozdział 10

Wszystkie hejty i komentarze z ironią będą usuwane.


Za nimi stał młody dobrze zbudowany chłopak. Był trochę starszy ode mnie. Uśmiechnął się do mnie i podał mi rękę.
-Jestem Moirin.
-Miło mi cię poznać Moirinie. Ja jestem Anny.
-Oj uwierz nie tak miło jak mi.
Pan Lee stał z boku i nic nie mówił.
-Po co mnie tu przyprowadziłeś?
-Wybacz mi Lee nie chciał cię tutaj przyprowadzać ale tak jakby trochę go zmusiłem albo jak wolisz dałem mu trochę do  pomyślenia i postanowił przyznać mi rację.
-Wiesz takie bajki możesz opowiadać uczniom ale nie mi. Za dobrze go znam i wiem, że nie przyzna się do błędu nawet najmniejszego.
-Masz racje nie powiedział tego wprost ale jednak tutaj jesteś.
-Dobra dosyć gadania o mnie. Morin nie chciałeś się tutaj spotkać tylko dlatego żeby się przywitać.
-Nic się nie zmieniłeś przez te wszystkie lata. No ale masz racje nie przyszliśmy tutaj z przyjemności.
Odwrócił się do ściany, zdjął pierścień, który nosił na palcu i przyłożył do ściany. Pod naciskiem pierścienia zrobiła się dziura w ścianie, która zaczęła się powiększać. Nie było tam nic oprócz ciemności. Moirin sięgnął za róg i wyciągnął pochodnię. 
-Po co ci pochodnia? nie lepiej by było użyć latarki?
-Niedługo zrozumiesz czemu nie użyję latarki tylko pochodni. Macie zapalniczkę?
-Weź nie przeciągaj tego w nieskończoność Moirinie.
-Weź trochę zluzuj Lee przecież nic nie robię. Jak nie chcesz tutaj być to możesz sobie iść.
Pa.. to znaczy Lee tylko popatrzył się na Morina jakby chciał go zabić, a ten nawet na ten wzrok nie zareagował tylko odwrócił się i wszedł w tą ciemność. Lee ruszył za nim. Morin odwrócił się do mnie.
-Idziesz czy zostajesz?
-Chyba nie mam wyboru.
-No nie jest on duży.
Ruszyłam za nimi. Rozpoznałam, że był to tunel. Czuć było stęchliznę i wszędzie było mokro. Gdy szliśmy robiło się coraz bardziej sucho. Po kilkunastu metrach i kilku zakrętach na ścianie wisiała pochodnia. Zaczęłam się zastanawiać czemu nie ma tutaj zwykłych lamp tylko pochodnie. Przecież mamy już XXI wiek. Po kilkunastu minutach cichego marszu zobaczyłam kamienną ścianę.
-No super! Tylko nie mówcie mi, że się zgubiliśmy! Nie mam zamiaru zginąć z głodu Bóg sam wie gdzie. 
Oboje odwrócili się do mnie i popatrzyli na mnie tak jakbym zwariowała. Morin podszedł do ściany po prawej stronie i nacisnął na kilka kamieni. Ściana zaczęła się odsuwać, a to co zobaczyłam za nią było cudowne.
                                                                                                                          
Przepraszam, że tak długo mnie nie było ale jakoś nie miałam siły i chęci by to pisać :/ Od teraz postaram się dodawać rozdziały co miesiąc :) 

niedziela, 1 lutego 2015

Rozdział 9

Był bliżej niż zwykle. Przepaść między nami jakby się zmniejszyła od poprzedniego razu. Patrzył przez chwile mi w  oczy. 
Czułam jakby przyciągał mnie tymi swoimi błękitnymi oczami. Bałam się. Przecież to dziki tygrys. Może się taki nie wydaje lecz boję się go. Nagle ziemia wykrusza się z pod jego łap. Nie ma wyboru musi się oddalić ode mnie
Obudziłam się cała zlana potem. Co roku  w ten sam dzień w nocy po moich urodzinach mam taki sam sen. Tym razem trochę się różnił od pozostałych ale tylko odrobinę. Wstałam i podeszłam do zlewu. Odkręciłam zimną wodę i obmyłam twarz. Czułam, że mam za dużo energii i mnie zaraz wysadzi jak nie zużyje ją. Ubrałam pierwszy lepszy dres i poszłam na sale. 

                                                ***

- An! Pan Lee cie szuka!
-Nie widzisz, że jestem zajęta?
Nawet nie spojrzałam na asystenta pana Lee i dalej rzucałam sztyletami do ruchomych celów.
- Ale to jest bardzo ważne.
-Ugh co on znowu ode mnie chce?
-Nie mam pojęcia.
-I tak ci niewierze. Na co czekasz? Prowadź. 
Byłam już przy drzwiach, a on nadal w nich stał.
-Po drodze wpadniemy jeszcze do stołówki.
-To nawet nie jest po drodze i szew się wścieknie jak szybko nie przyjdziesz.
-Oj nie marudź. Po prostu boisz się go.
-Wiesz nie wszyscy mają tyle szczęścia co ty.
-Powiesz, że ci uciekłam i będzie po problemie.
-I tak zrobisz co będziesz chciała. Tylko proszę cię szybko.
-Taaa... tylko wezmę coś do ręki i tyle.
Jak mieliśmy już iść do wyjścia ze stołówki zobaczyłam Johna, który wyglądał jak trup.
-Co tam John? Masz małego kaca?
-Och zamknij się An.
-Uuuuu... a jednak dużego kaca.
-Nie tak głośno. Ciebie nie złapał?
-Wiesz, że nawet o tym nie pomyślałam? Ale nie nic mnie nie boli. Najwyraźniej tyle nie wypiłam.
-Idź już sobie głowa mi pęka.
-Trzymaj się.
Uniósł tylko dłoń. Najwyraźniej nie miał na nic innego siły. Odpakowałam kanapkę z szynką i pomidorem. Zjadłam kanapkę chwilę przed dotarciem na piętro pana Lee. Wyszliśmy z windy i ruszyliśmy w stronę jego biura. Zanim miałam szanse zapukać drzwi się same otworzyły.
-Witaj Anny. Dobrze, że już jesteś. Chodź za mną nie mamy dużo czasu.
-Dzień dobry panie Lee.
Gdy weszliśmy do windy uśmiechnął się do mnie co mnie przeraziło.
-I Anny nie musisz do mnie mówić panie Lee wystarczy samo Lee.
-D-dobrze.
Chyba pan Lee... to znaczy Lee zachorował i to bardzo ciężko. Tylko kilka osób które znam odważyły się tak do niego odezwać i byli to zawsze starsi oraz wysoko postawieni pracownicy. Na pewno nie było nikogo w moim wieku.
Jak drzwi się otworzyły zobaczyłam, że jesteśmy na poziomie -3 , który był zakazany. Nigdy nawet nie widziałam tego piętra na własne oczy. Krążą straszne plotki o tym piętrze. Osobiście uważam, że sam pan Lee niektóre rozpuścił. Weszliśmy w jakiś korytarz i moim oczom ukazała się szklane lustro, które było popękane. Lee przyłożył swoją dłoń do lustra. Nagle lustro się rozsunęło. Moim oczom ukazały się schody.
-Chcę ci kogoś ważnego przedstawić.
Dziwne miejsce do poznania ludzi. Nie miałam czasu żeby myśleć o tym więcej ponieważ pan Lee otworzył kolejne drzwi.

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 8

-NIESPODZIANKA!
Krzyknęli wszyscy naraz i zaczęli śpiewać sto lat. W czasie gdy śpiewali ktoś podał mi kieliszek z szampanem. Całkiem zapomniałam, że dzisiaj są moje urodziny. Miałam tyle pracy, że nie wiedziałam jaki dzisiaj dzień. Nawet nie zauważyłam, że John nie poszedł pracować tylko cały dzień ze mną przebywał. Jaka ja głupia byłam i zmęczona. Gdy skończyli śpiewać wszyscy zaczęli do mnie podchodzić i składać życzenia. Przyszli na tą uroczystość wszyscy wyżej postawieni co było nienormalne ale  diabli wiedzą co oni robią i dlaczego. Nagle zaczęła grać muzyka. Rozejrzałam się i zobaczyłam Eddiego. Nie wiedziałam, że Eddi wrócił. Podobno był na jakiejś tajnej misji i miał przyjechać dopiero za 2 miesiące. Pomachałam mu, a on mi odmachał. Już chciałam iść do niego się przywitać i porozmawiać lecz powstrzymały mnie ręce Johna, które mnie podniosły i okręciły tak, że stałam przed nieznajomym chłopakiem. Gdy popatrzyłam na niego wiedziałam już kim on jest. Uśmiechnęłam się i podałam mu rękę.
- Ty musisz być chłopakiem Johna, Matt.
- Zgadza się. 
Nie uścisnął mi ręki tylko mnie przytulił
- Czuję się jakbym znał cię od dłuuugieegooo czasu.
-Ja tak samo. Ale mam nadzieje, że nie za wiele o mnie wiesz.
- Nieee skąd sama znasz Johna i wiesz, że trzyma wszystko w tajemnicy.
- Taaa... już wszystko wiem. Ale lepiej byś nie mówił tego tutaj tak głośno.
Mruknęłam do niego i zaczęliśmy się śmiać. Odwróciłam się w stronę Johna i dźgnęłam go.
-Auć. A to niby za co?
-Sam już wiesz za co.
-Wiedziałeś, że Eddi wrócił?
- Eddi gdzie? Jest tutaj?
-Wiesz czasami się zastanawiam jak tutaj przetrwałeś. A jak myślisz kto by się odważył puszczać taką muzykę przy szefach?
-Jaki ja głupi jestem.
-Hehehe nie da się tego ukryć. Idziesz z nami Matt do Eddiego?
-Nie, dzięki ale pójdę po coś do picia i poszukam jakiegoś wygodnego miejsca.
-Zaraz do ciebie przyjdziemy tylko się przywitamy.
-Nie ma sprawy. Naprawdę poradzę sobie.
Było mi trochę głupio zostawiać Matta samego w towarzystwie obcych mu ludzi. W sumie to nie mój chłopak tylko Johna.
-Oj nie martw się o niego. Nic mu nie będzie.
Czasami się zastanawiam czy John czasem nie umie czytać w myślach, a przynajmniej w moich. Nie mogąc czekać dłużej John pociągnął mnie w stronę Eddiego. Musieliśmy przecisnąć się przez połowę sali żeby do niego dotrzeć. Gdy dotarliśmy do niego zszedł z podestu i od razu się na niego rzuciłam. Podniósł mnie i obrócił w powietrzu.
-Boże nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłam.
-Ja też tęskniłem za tobą księżniczko.
-Nieeee weź przestań mnie tak nazywać.
-Wiesz dobrze, że nieprzestane.
Uśmiechnął się łobuzersko i mnie postawił na ziemię. 
-Jak się masz brachu? Wszystko w porządku?
-A leci u mnie jak zawsze. 
Wymienili swój uścisk dłoni czy co tam oni robili na przywitanie.
-A jak poszła twoja robota?
-W sumie to nie za dobrze - Skrzywił się - I za nim mnie spytacie nie nie mogę nic powiedzieć.
-Powiedz mi czemu tylko ja muszę siedzieć za biurkiem albo odwalać najgorszą robotę z was wszystkich jeśli byłem jednym z najlepszych w roczniku?
-Haahahahha nie martw się o to John jeszcze będziesz tęsknił za tymi czasami.
Ed poklepał go pocieszająco w plecy.
-John ty lepiej idź do Matta.
-Daj spokój da sobie radę.
-Nie to ty posłuchaj mnie. Głupio postąpiłeś zostawiając go samego w nieznanym mu kompletnie osobami i jeśli ty nie chcesz iść to ja idę.
Chłopcy wymienili spojrzenia. John spuścił głowę i poszedł w kierunku kanap.
-Matt to chłopak Johna?
-Tak. Jest naprawdę miły ale znasz  przecież go i wiesz jak potrafi się zachowywać i nie zdawać sobie o tym sprawy.
-Masz rację. Wybacz mi ale muszę wracać na stanowisko. 
-Jasne nie ma sprawy. 
-Zobaczymy się rano?
-Yhm. Będę pewnie w stołówce lub na dworze znajdziesz mnie.
-Znając ciebie będziesz leżała nieprzytomnie w łóżku.
-Nie mogę mam prace.
-Kiedyś ci to niezbyt przeszkadzało.
-Trochę się zmieniłam w przeciągu 2 lat odkąd się ostatnim razem widzieliśmy.
-No wiem ja też nie jestem tym samym chłopakiem co byłem. Dużo rzeczy się wydarzyło.
-No właśnie i musimy to nadrobić.
Przytuliłam go i poszłam się bawić.  

środa, 14 stycznia 2015

Rozdział 7

Rozdział jest niesprawdzony!
Po całkowitej porażce, którą zdobyli wszyscy wzięli się do roboty. Nie marudzili już więcej i przykładali się do walki. Ostatniego dnia mojej kary pan Lee zawołał mnie do swojego gabinetu. Za proponował mi przejęcie grupy na czas nieokreślony. Z chęcią przyjęłam jego propozycję z nadzieją, że dowiem się co tu się naprawdę dzieje. Minęły 46 dni od czasu ujrzenia mapy. Niestety nie dowiedziałam się nic więcej. Próbowałam wydobyć informacje od kilku wyżej postawionych osób. Niestety wszyscy udawali przede mną i Johnem, że nic kompletnie niewiedzą. Razem z Johnem kombinowaliśmy jak możemy zdobyć odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Mieliśmy kilka planów ale do nich potrzebowaliśmy więcej osób. W budynku nie było zaufanych osób, a jak byli to by od razu na kapowali na nas. Dzieciaki niebyły gotowe na takie akcje. 


                                               ***


W nocy obudziły mnie szybkie kroki i zamieszanie na korytarzu. Ostrożnie wstałam i podeszłam do drzwi. Ostrożnie uchyliłam drzwi. Na szczęście drzwi nie skrzypiały. Korytarz przy, którym miałam pokój prowadził do skrzydła szpitalnego. Na korytarzu kręcili się co chwile jacyś ludzie. Wszyscy mówili z ożywieniem i zaniepokojeniem w głosie. Nagle zobaczyłam pana Lee z jakimś człowiekiem, który był dziwnie ubrany. Miał na sobie staromodny strój z jakiejś tkaniny, której nie mogłam rozpoznać. Starałam się usłyszeć co mówią.

-Nie jeszcze nie jest na to gotowa.
-Ale nie możemy już dłużej czekać.
-Wiem, że jest tragiczna sytuacja ale co mam zrobić? Dobrze wiesz jakie są zasady.
-Milna na pewno da rade nie martw się i nie zapominaj, że będę ją chronił jak wszyscy.

-Ona nawet nie wie co się dzieje w Aylen.
-To najwyższy czas zacząć ją w to wszystko wprowadzać nie uważasz?
 -Ale ona jest jeszcze taka młoda, a...
-Nie przesadzaj ona nie jest już dzieckiem i jest w stanie to wszystko udźwignąć jestem tego pewien.
Niestety nie udało mi się usłyszeć więcej bo skręcili za róg. Prawie nic nie zrozumiałam z tej rozmowy. Niby jaka Milna? Nigdy o niej nie słyszałam. A te miasto czy co to jest te Aylen nie widziałam nigdy takiej nazwy na mapie ani nigdzie indziej. Musiałam źle coś usłyszeć. Dla potwierdzenia, że nie istnieje coś takiego jak Aylen wzięłam telefon. Wpisałam w  wyszukiwarce słowo Aylen. Nic nie wyskoczyło na te słowo. Chyba musiałam coś źle usłyszeć albo przekręcić słowo. Przecież niemożliwe było, żeby rozmawiali o czymś nieistniejącym, a ten dziwny facet to kto to jest?   

                                               ***

Przez resztę nocy myślałam o co chodziło w tej pokręconej rozmowie i nic nie przyszło mi do głowy. Teraz siedziałam na stołówce już z 3 kubkiem kawy. Na moim stole spadła z hukiem tacka. Skrzywiłam się.
-Kacyk?
-Chciałabym.
- A co niby takiego robiłaś w  nocy? 
Spojrzał na mnie sugestywnie.
-Na pewno nie to co masz teraz na myśli.
-Jesteś tego pewna?
-Sugerujesz mi, że nie wiedziałabym gdyby ktoś mnie pieprzył?
-Czy ja coś takiego powiedziałem?
-Daj mi dzisiaj spokój nie jestem w nastroju i nie mam siły na to.
-Dobra jak chcesz. W takim razie co się stało w nocy?
- Słyszałeś kiedyś o Aylen?
-Nie, a przynajmniej sobie nie przypominam o czymś takim. A o co chodzi?
-Właśnie togo nie wiem. Może przynajmniej słyszałeś o Milnej?
-O kim? Boże dziwniejsze imię chyba nie dało się wymyślić. 

Powiedziałam mu o rozmowie, którą podsłuchałam. Zastanawialiśmy się nad ty i nic nie wymyśliliśmy. W końcu musiałam iść przygotować coś dla dzieciaków. Gdy weszłam na sale stanęłam jak w ryta. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
                                                                                                                      
Przepraszam za zwłokę :( Następny rozdział będzie szybciej :) I nie daje zdjęć jak wyglądają bohaterowie ponieważ możecie sami sobie wyobrazić ich jak chcecie. 


sobota, 6 grudnia 2014

Rozdział 6

  -Ała! Przez ciebie wszystko mnie boli!
Właśnie skończyłam lekcje i sprzątałam sale.
  -Och nie marudź mi tutaj. I tak traktowałam ciebie ulgowo.
  -Taaa.... Jasne.

  -Dobra i tak miałam zawołać cie po treningu.
  -Yhm... A co ciekawego masz do powiedzenia, że nie mogło poczekać do jutra, aż się wyśpisz i zjesz?

  -Pamiętasz co mówiłeś mi w drodze do biura?
  -Jasne, że pamiętam. Chcesz mi powiedzieć, że coś się dowiedziałaś?
  -Sama właściwie nie jestem pewna. Może pomożesz mi przygotować tor na zewnątrz?
  -Ty nie mówisz tego na serio! Przecież oni nic kompletnie nie umieją!

  -Ty to wiesz, ja to wiem ale oni tego nie pojmują.To pomożesz czy nie?
  -No dobra.
  -To chodźmy.
                                                     

           Gdy opowiadałam Johnowi to co zobaczyłam nie mógł w to uwierzyć. Sama byłam ciekawa czemu mieli jakieś zebranie na tym piętrze, a nie w podziemiu, gdzie żaden uczeń lub niepożądana osoba nie wejdzie. Dostanie się tam jest niemożliwe, chyba że znało się wejście na dany pod poziom, które było i tak trudne do przejścia ze względu na pułapki oraz kody. Z myśli wyrwał mnie John.
  -I tak ta informacja niewiele nam mówi, a nawet daje nam więcej do myślenia.
  -Masz racje ale to nadal jest dla mnie dziwne, żeby zajmowali się taką sprawą. Przecież nie ma nawet takiego kraju.

  -Dobra, wierze ci ale serio musimy poczekać na następną wskazówkę, którą zdobędziemy.
  -Masz rację. 
  -No wiem. A teraz chodźmy znaleźć jakieś dzieciaki ze starszych klas.
  -I przydaliby się jacyś dorośli do wypatrywania zagrożenia.
  -Weźmiemy jakąś grupę z nauczycielem i tyle.
  -To spróbujmy z Panią Macgen.
  -Jak widzę nie próżnujesz.
  -Pamiętam jak my dostaliśmy niezłą nauczkę i mam nadzieje, że się trochę  ogarną, bo kiedyś oni będą działać, a my im rozkazywać.
  -Już teraz tak masz. No ale to może zadziałać. 

            Szukaliśmy pani Macgen 15 minut, aż znaleźliśmy ją w sali do ćwiczeń. Gdy zaproponowałam jej współpracę chętnie się na nią zgodziła. Poszłam obudzić najpierw jej grupę.
  -POBUDKA!

Wszyscy od razu wstali i ustawili się przy swoich łóżkach. 
  -Grupa gotowa! - Powiedziała jedna z dziewczyn.
  -Mam dla was pewne proste ćwiczenie. Macie dać mojej grupie porządny wycisk i nie obchodzi mnie jak ich obudzicie lub jak będziecie ich traktować. Mają oni pobiec do lasu, a wy ich macie zaatakować. Ma się to odbyć o 01.00 czyli za 10 minut. Żeby było jasne ma się to odbyć bez żadnej broni. Dam wam 4 motory, a reszta niech pakuje się do auta. Kilkoro dorosłych będzie miało na to oko więc ma to być wykonane porządnie zrozumiano?
  -Tak proszę pani.
  -Więc do roboty!
Szybko się ubrali i poszli obudzić moją grupę. Użyli do tego węża ogrodowego i polali ich lodowatą wodą. Wszyscy od razu się obudzili i porwali z łóżka. Kilka dziewczyn pisnęło. Nikt nie wiedział o co chodzi i czemu zostali nagle polani wodą. Ben zaczął trochę podskakiwać i od razu dostał w głowę od jakiejś dziewczyny. 

 - Boże czemu ja już tak nie mogę robić? - Pomyślałam.
Gdy starsi krzyczeli na nich,
oni kompletnie nie wiedzieli co robić. Patrzyłam tylko na to i nie mogłam uwierzyć, że jeszcze tu są. Po chwili jednak wszyscy się ogarnęli.
  -CO TAK STOICIE I SIĘ NIE UBIERZECIE? JAZDA! JAZDA!
Co chwilę słyszałam krzyki tupu 'W CO TY SIĘ UBIERASZ, NIE JEDZIESZ NA MISS! I CO SIĘ TAK GAPISZ?! RUSZAJ SIĘ! JESTEŚCIE WOLNIEJSI NIŻ BABCIE!' Po jakiś 10 minutach wszyscy wyszli. 

                                                                                                                     
Mam nadzieję, że rozdział się podobał. :D W następnym możliwe, że pojawi się kilka akcji.

niedziela, 30 listopada 2014

Rozdział 5

-Pobudka!
Słysząc to od razu zerwałam się z łóżka trzymając w dłoni broń.

-Woa Ann! To ja John.
Widzę jak się cofa z uniesionymi rękoma.
-Hmmm...? Która jest godzina?
-Hahaha... Już prawie 15.
-Cholera.
-O której skończyłaś zajęcia?
-Około 6. Boże jak ja nienawidzę nastolatków! Nawet nie umieli trzymać cholernych sztyletów, a przez to większość nie trafiała nawet w tarcze.
-Współczuje im.
Walnęłam go w ramie.
-Ała! A to za co?
-Ty już wiesz za co.
-Ale sama wiesz, że masz jakiegoś świra na punkcie stali.
-Nie mam świra tylko wolę ją od nowoczesnej broni, bo jest praktyczniejsza i cichsza.
-Taaa... Niech ci
będzie. I ciesz się, że pracujesz z nimi. Bo jakbyś dostała tych co ja miałem to byś się powiesiła.
-Daj już spokój. Chcę chociaż na chwilę o nich wszystkich zapomnieć. Lepiej mi powiedz kiedy będzie jakieś jedzenie w stołówce.
-Kochana,.nie jesteś już uczniem tylko instruktorem i nie obowiązują cię pory posiłków. Pójść z tobą?
-Najpierw muszę pobiegać. 
-To pójdę z tobą.
-Jak chcesz, ale ostrzegam - ostatnio odpuściłam bieganie.

-Jakby to była jakaś nowość.
Przewróciłam tylko oczami. Sama wiem, że nigdy nie byłam najlepsza z  biegów, no ale nikt nie mówił, że muszę być we wszystkim najlepsza.

                                                          *** 

Na szczęście jedzenie nie jest tak paskudne jak było kiedyś.  Jednak nic innego chyba się nie zmieniło od kiedy byłam tutaj ostatnim razem. Krzesła nadal były twarde jak diabli i już mogłam poczuć zakwasy po naszym biegu. Kiedy biegaliśmy John ciągle śmiał się ze mnie, że tak wolno biegnę. Po dzisiejszym wysiłku mogę powiedzieć, że go nienawidzę. Teraz siedzi naprzeciwko mnie ze swoim złośliwy uśmieszkiem.
-No i z czego się tak cieszysz?

-Ja? Z niczego. A z czego miałbym się tak cieszyć?
-Jesteś okrutny.
-Nie no, żartujesz? - Mówiąc to jeszcze bardziej się wyszczerzył. 
-Dobra, idę przygotować sale na sparingi. - Odpowiedziałam, udając, że nie tego nie widzę.
-Tylko uważaj, żeby ci się nie pozabijali.

-Jakby co, to będzie mniej osób do pilnowania.
-Będzie też mniej do roboty.
-Oj nie przesadzaj, nie mamy najgorzej.
-Też racja, ale nadal nie chcę trafić na pełen etat za biurko. Nie po to tyle trenowałem, żeby siedzieć i nic nie robić.

         Gdy szłam korytarzem zauważyłam, że jedne z drzwi były uchylone. Z ciekawości zobaczyłam co tam jest. Nad stołem był wyświetlony, w 3d, jakiś kraj. Nigdy nie widziałam tych terenów. Kilka osób było w pomieszczeniu. Jedni coś notowali, a inni omawiali jakieś szczegóły. Nagle ktoś wyłączył mapę i wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia. Szybko udałam się w kierunku sali ćwiczeń, która znajdowała się w następnym korytarzu. 

                                                 ***

Dzisiaj spóźnili się 2 minuty ale za to ustawili się w rzędzie i nie rozmawiali. Za spóźnienie musieli zrobić dodatkowe kółko wokół sali. 
-Dzisiaj będzą sparingi. Obowiązuje tylko jedna zasada - nie wychodzicie poza wyznaczone miejsce.
-A co z głową?

-Nikt nie będzie w prawdziwej walce się tym przejmować, więc ja też się nie przyjmuję. Jak nie macie żadnych pytań to dobierzcie się w pary pod względem umiejętności, a nie z kim chcecie.
 Kiedy już to zrobili rozkazałam im, aby poszli ćwiczyć. Walka wychodziła im lepiej niż wczorajsze rzucanie. Ich walka była śmiechu warta. Ruchy nie były stanowcze i silne. Wszyscy bali się o swoją partnerkę lub partnera. Próbowałam ich instruować jak mają uderzać. Przez chwilę robili dobrze lecz za chwile popełniali te same błędy. Nie widząc innego wyjścia spytałam się Johna czy znalazłby dla mnie chwilę. Po 5 minutach wszedł do sali.
-O co chodzi?
-No sam zobacz jaką mam grupę.
Przeszedł się przez całą salę. Wracając zaczął się śmiać. Wszyscy dopiero teraz zauważyli przybycie nowej osoby. Spojrzeli tylko na Johna i zaczęli rozmawiać między sobą.
-Dobra cofam to co powiedziałem w stołówce. Ale nie spodziewałaś się chyba po panu Leo nic innego po tym co zrobiłaś.

-Masz rację. Jednak wszystko uchodziło mi u niego.
-Dobra, ale widziałaś w jakim był stanie i wiesz, że nie chce, żebyś dowiedziała się o czymś.
-Taaa.... wiem o tym doskonale. Ehhhh, może im pokażemy jak się naprawdę walczy?

-Dobra, czemu nie. Ale pamiętaj - nie wczuj się za bardzo.
-Poznaj moją dobroć i wiec, że nic ci się poważnego niestanie.

                                                                                                                      
Następny rozdział za tydzień